Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 kwietnia 2011

Potrawy z 4 stron świata

W poniedziałek 11 kwietnia br. PSTK w liczbie 12 osób zawitało w restauracji o wdzięcznej nazwie Potrawy z 4 Stron Świata. Szefem lokalu jest Pan Piotr Szymański, który również jest jej naczelnym kucharzem. Restauracyjka- określenia tego używam tylko ze względu na wielkość lokalu, który jest niewielki- zlokalizowana jest w Poznaniu przy ulicy Żydowskiej 30. 
Słów kilka o naszym Gospodarzu. Pan Piotr jest podróżnikiem i pasjonatem kulinarnym. W menu prowadzonej przez niego restauracji znajdziemy potrawy z wielu krajów Europy, Azji i Afryki.
My zostaliśmy uraczeni potrawami z Serbii, Libanu i Rumunii. 

 Ale po kolei.
Spotkanie rozpoczęło się od wprowadzenia, podczas którego Pan Piotr opowiedział nam o swoich pasjach czyli podróżach i gotowaniu. Audytorium w postaci członków PSTK wsłuchiwało się dokładnie w niezwykle ciekawe opowieści i przygody turystyczno-kulinarne naszego Gospodarza.


Następnie przyszedł czas na pierwszą potrawę. A w zasadzie na 3 potrawy na jednym talerzu, mianowicie:
 PLJESKAVICA- grillowane mięso przyprawione m.in. rozmarynem, papryką z dodatkiem cebuli i czosnku
 ČEVAPČIĆI- grillowane mięso w formie małych roladek przyprawione m.in. słodką papryką, cebulą i kminkiem
LESKOWAČKI UŠTIPCI- kotleciki z grilla z dodatkiem żółtego sera i mielonej słoniny.
Potrawy te wywodzą się z Serbii.


Na drugie danie Pan Piotr zaserwował nam libański krem z soczewicy ze szpinakiem, który w oryginale nosi nazwę Adas Bi Hamod. 


Na "deser" zostaliśmy uraczeni rumuńskim sznyclem w piwie czyli solidną porcją mięsa duszonego w sosie jabłkowo-cebulowym z dodatkiem piwa. 



Biesiada trwała blisko 3 godziny. Humory dopisywały, jedzenie smakowało (choć na ten temat każdy z uczestników musiałby się wypowiedzieć samodzielnie) historiom podróżniczo-kulinarnym nie było końca. 
Panu Piotrowi serdecznie dziękujemy, a wszystkich, którzy jeszcze nie odwiedzili Potraw z 4 Stron Świata, zapraszamy w imieniu jej szefa. 

tekst: Marcin Sekida
zdjęcia: Jakub Rybicki


sobota, 2 kwietnia 2011

III SPOTKANIE PSTK- OKO NA MAROKO


          Ostatni tydzień marca był niezwykle pracowity dla PSTK i obfitował w wiele pozytywnych wydarzeń. W środę 23 marca nasze stowarzyszenie poprowadziło prelekcje Smaki Świata- czyli turystyka kulinarna podczas IX DNI TURYSTYKI, które organizowane są przez studentów Turystyki i Rekreacji na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wystąpienie podzielone było na dwie części teoretyczną i praktyczną. Pierwszą poprowadzili Janek Olczykowski i Marcin Sekida, natomiast drugą Kuba Rybicki, który bardzo ciekawie opowiedział o kuchni środkowoazjatyckiej. Resumując, nasze wystąpienie spotkało się ze sporym zainteresowaniem i zostało przyjęte pozytywnie, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni.

         W niedzielę 27 marca spotkaliśmy się w 20-osobowym gronie, aby poznać bliżej kuchnię Maroka. Kilku członków stowarzyszenia w trakcie swoich licznych podróży, odwiedziło ten północnoafrykański kraj, ale jedynie Krystynie Roszak udało się poznać jego kulinaria. Krysia była siłą sprawczą tego spotkania oraz autorką wszystkich potraw. Męska część stowarzyszenia w składzie: Janek, Krzysiek, Łukasz, Marcin starało się nie przeszkadzać w kuchni, a jedynie dokładnie wykonywać polecenia. Tylko Łukasz- Mistrz Patelni- wykazał się kreatywnością i był współautorem przepysznych naleśników.  
Poniżej zdjęcia potraw marokańskich wraz z ich przepisami.


 
Oko na Maroko, czyli jak wyczarować afrykańskie niebo w gębie przy użyciu Tesco,  dwóch ostrych noży, dwóch pożyczonych garnków, czterech palników i czterech mężczyzn :)

            W poniższych przepisach nie podaję ilości poszczególnych składników, pozostawiając Wam swobodę w dobieraniu proporcji i przy okazji nie odbierając przyjemności samodzielnego eksperymentowania w kuchni.

            Najpopularniejszą potrawą Maroka, jedzoną przez wszystkich i wszędzie, jest "zupa biedaków" - harira. Rzeczywiście, koszt wyprodukowania ogromnego gara jest oszałamiająco niski. Potrzebujemy tylko dobrej jakości rosołu (byle nie z kostki, brrrr!) i suchej soczewicy lub cieciorki (ja użyłam czerwonej drobnej soczewicy), która sama pęcznieje i rozpada się w trakcie gotowania, nie musimy więc nic miksować. Ostre przyprawy, czyli pieprz i świeżo mielone chilli - dużo! - i gotowe. Zaostrza apetyt!

            Żeby przyrządzić prawdziwy arabski tajine, potrzebny jest garnek. Najlepiej gliniany, płytki, za to z wysoką stożkowatą pokrywką. W Maroku kupimy je wszędzie, należy tylko dobrze się potargować i zwrócić uwagę na jakość szkliwa. U nas można znaleźć takie na targach staroci (za grosze) lub w dobrych sklepach z wyposażeniem (drogie), ale jeśli nie mamy ochoty na poszukiwania, wystarczy duży garnek z grubym dnem i pokrywką posiadającą dziurkę. Też wyjdzie, choć nie nabierze specyficznego, lekko ziemno-dymnego posmaku.
            Na dno naczynia wlałam kilka kropel oliwy z oliwek, po czym zaczęłam piętrzenie warzywno - mięsnego Jebel Toubkal. Kolejno lądowały na sobie warstwy dużych kawałków cukinii, ziemniaków, marchewki i podsmażonego kurczaka, zamarynowanego wcześniej w mieszance przypraw arabskich. Należą do nich kurkuma, kardamon, imbir, cynamon, słodka i ostra papryka, biały pieprz i mielony kumin. Przy odrobinie wysiłku można taką mieszankę skomponować samemu z tego, co dostępne w Polsce. Przypraw nie oszczędzałam - tajine musi być bardzo aromatyczny, musi i już. Dodatki do potrawy dobieramy wedle własnych upodobań - ja dodałam suszone śliwki, nieobrane migdały i dwie pokrojone na ćwiartki cytryny marynowane w soli. Tak przygotowany stos polałam dość obficie miodem i dosypałam jeszcze trochę przypraw, po czym przykryłam pokrywką i torturowałam na maleńkim ogniu przez dwie i pół godziny. 





            W tym czasie przyrządziłam najprostszą sałatkę świata - tabouleh (czytamy: tabuli). Pokrojone w kostkę pomidory i ogórki wymieszałam z suchą kaszką kuskus, dorzucając pęczek świeżej mięty i sok z kilku cytryn plus odrobina soli. Tabouleh musi posiedzieć godzinkę w lodówce, po czym zabieramy się do jedzenia, najlepiej rękami. Genialne na gorące dni - bosko orzeźwia i syci.





            A na deser zjedliśmy naleśniki, podobne do naszych, polskich, zabójczo słodkie, z miodem, masłem, cukrem i cynamonem (mistrzu patelni, chylę czoła), popijane Berber Whisky, czyli słodką do granic możliwości zieloną herbatą ze świeżą miętą, atrybutem marokańskiej gościnności. 


            Niech Allah ma Was w swojej opiece, moi kochani degustatorzy :)



Autor tekstu: Krysia Roszak, Marcin Sekida
Autorka zdjęć: Olga Jędrzejewska

niedziela, 27 lutego 2011

Marakesz pachnie...

Czujemy to już w drodze do miasta, kiedy wędrujemy przez oliwny gaj. Pachnie słońcem, kurzem i zielenią. Im bliżej do centrum miasta, tym szerszy staje się wachlarz zapachów. Otumaniają, podchodzą z wszystkich stron, niczym uliczni sprzedawcy migdałowych ciasteczek, chwytają nas niewidzialnymi dłońmi i wciągają do sklepu z przyprawami, do garbarni, do maleńkiej piekarni, ciągną w kierunku straganu z rybami, wypalarni glinianych garnów, lokalnej kawiarenki, która jest jednocześnie kioskiem z gazetami i słodyczami.


Bo podróżować po Maroku trzeba wielozmysłowo. Turysta pozbawiony węchu i smaku niech wybierze się lepiej na wybrzeże i tam napawa oczy zachodami słońca. Turysta kulinarny niech zaś gna wgłąb kraju, niech brudnymi rękami obiera słoneczne pomarańcze, lepi kulki z aromatycznego kuskusu i wyłuskuje pestki z daktyli. Wrażenia, wierzcie mi na słowo, będą godne zapamiętania.
W Marrakeszu w styczniu zmrok zapada wcześnie. Jest ciepło, powietrze stoi, wypełnione duszącym zapachem spalin tysięcy motorynek. Snujemy się labiryntem siuków, uliczek handlarzy oferujących naiwnemu turyście bogactwo pamiątek w nieludzkich cenach. Przyciągają nas kramy ze słodyczami. Targując się bezlitośnie kupujemy kilka kolorowych pralinek, mają najcudniejsze kształty, kolory i rozmiary. Najlepsze okazują się te w kształcie fig, z figowym nadzieniem, w marcepanie. Niektóre są tak słodkie, że nie jesteśmy w stanie ich zjeść, lądują w żołądkach oblegających nas dzieciaków.
Idziemy dalej, oszołomieni gwarem, nawoływaniami, kolorami, mieszanką aromatów. Piramidy przypraw, tak pięknie wyglądające z daleka, okazują się plastikowymi atrapami, a natrętny sklepikarz skutecznie zniechęca nas do zakupów. Zapominamy o nim, gdy wreszcie wychodzimy na Jamaa' el Fna - gigantyczny plac, serce Marrakeszu. Znów zdajemy się na węch, który prowadzi nas, kluczących wśród zaklinaczy węży, treserów małpek, sprzedawców wszystkiego, grajków i kobiet malujących henną, na środek placu, gdzie właśnie rozstawiają się przenośne kramy z jedzeniem. Wygląda na to, że przyszło tu na kolację nie tylko pół Marrakeszu, ale i wszyscy europejscy turyści, w dzień rozproszeni po mieście. Szukamy miejsca tam, gdzie jedzą Marokańczycy. Bezczelnie zaglądam do misek jedzących. Pachnie oszałamiająco harira, tania jak barszcz zupa z cieciorki z piekielnie ostrymi przyprawami. Zagryzanie jej słodkimi ciasteczkami nam, Europejczykom, jawi się egzotycznie. I niesłusznie, bo połączenie okazuje się iście niebiańskie. Na zaostrzenie apetytu pochłaniamy wielkie oliwki maczane w harissie, pysznej paście z chilli. Potem pora na kuskus z warzywami, potrawę prostą, tanią i niebywale sycącą, i wreszcie tajine - legendę Maroka, jedzoną wszędzie i przez wszystkich. Mięso, warzywa i przyprawy w odpowiednich proporcjach to dopiero połowa sukcesu - niezbędny jest też garnek nazywany tak samo jak potrawa, gliniany, ciężki, o płytkim nie i stożkowatej pokrywie. Jeden z nich zajmie potem w plecaku miejsce ręcznika, "i tak już starego".
(Najlepszy tajine kosztujemy dużo później - w górsko-pustynnej wiosce Agdz, "małym Marrakeszu", gdzie tajine powstaje na naszych oczach, na palenisku w rogu głównego placu, a ceraty na stołach zdają się pamiętać czasy francuskiej dominacji. Tajine z Agdz bogaty jest w aromat cytryny, warzywa są idealnie jędrne, akurczak w chwili swego unicestwienia z pewnością był bardzo młody. Podczas gdy rozpływamy się w zachwycie i delektujemy każdym kęsem, nasz arabski towarzysz zamawia frytki i colę.)
Jeśli zmęczyłeś się już arabskimi smakami, zapraszam na wybrzeże, do historycznej Essauiry (unikaj sezonu. Tłum turystów skutecznie obrzydzi ci pobyt w tym magicznym miejscu). Tu mieszają się - zarówno w architekturze, języku jak i kuchni - wpływy hiszpańskie i francuskie z gorącym oddechem Afryki. Największy port rybacki Maroka, już z daleka odurzający zapachem świeżo złowionych ryb, kalmarów, ośmiornic i innych stworzeń, to Mekka dla wielbicieli ryb. Najlepiej przyjść na wybrzeże rano, gdy rybacy wracają z wczesnego połowu. Świeżo kupioną rybę można od razu usmażyć (znów nie zapominając o targowaniu się). Osobistego kulinarnego Nobla przyznaję starszemu Arabowi sprzedającemu na ulicy smażone krewetki. Za 20 dirhamów dostajemy ich wielką torbę i od razu zjadamy rękami na ulicy. Wspomnienie smętnych mrożonek Lisnera wydaje się wówczas bardzo odległe.
Na kameralnym stoisku kupuję mieszankę przypraw. Pan w kolorowym turbanie miesza je specjalnie dla mnie. W Agdz zdobyliśmy arcysłodkie daktyle. Garnek do tajine ciąży. Zapachy wciąż kryją się gdzieś w zakamarkach moich zwojów mózgowych, gdy odtwarzam marokańskie specjały we własnej kuchni.
Na zakończenie zadanie domowe Jeśli będziesz kiedyś miał szansę zjeść mrokańską pastillę, zrób to. Celowo nie zdradzę, czym ona jest, a i wikipedia nie wie tego zbyt dobrze, podając przepisy równie malownicze, co nieprawdziwe. Jest to smak, na którego wspomnienie uaktywniają się moje ślinianki. I nie ma w tym żadnej metafory.
Przepis na kuskus a'la Mohammed (przemiły kierowca, który ugościł nas w swoim domu pod Agadirem). Porcją taką naje się 5-6 osób.
2 opakowania kuskusu (supermarkety)
3-4 MŁODE i MAŁE cukinie
1 ładny bakłażan
kilka małych marchewek
4 jajka na twardo
udka z kurczaka - po 1-2 na osobę, ja nie lubię udek, więc używam piersi pokrojonych na spore kawałki
bulion (z kurczaka, nie z kostki!)
mieszanka przypraw: papryka słodka, pieprz, cynamon, imbir, gałka, kardamon, chilli, kurkuma, duże zielone oliwki (broń Boże z papryczką w środku!)
Rosół zagotowujemy, dodajemy przyprawy i zalewamy kaszkę tak, aby płyn przykrył ją mniej więcej o 1-2 cm. Naciąga błyskawicznie. My w tym czasie kroimy marchewkę i cukinię wzdłuż na słupki, podgotowujemy marchewkę (ma być al dente) i cukinię (nie wolno gotować za długo; miękka rozpada się i jest niesmaczna). Z bakłażanem sprawa jest bardziej zawiła; trzeba go pokroić na plastry, posolić, poczekać aż puści sok, po czym opłukać i usmażyć na wrzącym oleju. Teraz już z górki: z pięknie wilgotnego kuskusu usypujemy górę, obkładamy oliwkami, bakłażanem, potem promieniście na zmianę marchewką i cukinią, a na koniec połówkami jajek i kawałkami kurczaka. Ma wyglądać jak wielki róg obfitości, bo takim jest w rzeczywistości.
Kuskus je się palcami, lepiąc z niego kulki. Jeśli pobrudzisz przy tym siebie, stół i kanapę, nikt nie spojrzy na Ciebie krzywo.
Potem zaparz jeszcze zieloną herbatę ze świeżą miętą i dużą łyżką cukru. A potem spakuj plecak.

Autor artykułu: Krystyna Roszak
Zdjęcia: Łukasz Chwalisz, Krystyna Roszak